Body Positive Movement liczy sobie nieco ponad 20 lat, ale historia buntu przeciwko narzucanym kobietom kanonom piękna, jest dużo dłuższa. Liczy sobie – bagatela – co najmniej 170 lat. I wraz z początkiem ruchu Body Positive, ta historia w pewnym sensie zatoczyła koło. Zarówno paniom sprzed niemal dwóch wieków, jak i inicjatorkom ruchu dwie dekady temu chodziło o… zdrowie.

To, że w przypadku Body Positive punktem wyjścia było zdrowie, może zaskakiwać, bo ruch ten często jest sprowadzany do akceptacji otyłości. Zresztą właśnie z tego – (mało prawdziwego) powodu bywa krytykowany.

Kontrowersji nie zmniejsza w żaden sposób to, że w zasadzie nie wiadomo, co się za hasłem Body Positive tak naprawdę kryje. Etykietką i hasztagiem #BodyPositive posługuje się bardzo wiele osób i w bardzo różny sposób.
Cofnijmy się najpierw jednak do czasów, w których słowo hasztag jeszcze w ogóle nie istniało.

Od królowej Wiktorii…

Połowa XIX to początek feminizmu i walki o swobody dla kobiet. Swobody rozumiane czasami bardzo dosłownie: na przykład jako swobodę… ruchu. Jednym z postulatów ówczesnych feministek były bowiem wygodne, nie ograniczające zakresu ruchu stroje.

Na celowniku kobiet znalazły się między innymi gorsety. A trzeba pamiętać, że ówczesne gorsety zmieniały sylwetkę… tak dalece, że dzisiaj pewnie zastanawialibyśmy się, czy to, czego uczymy się w szkołach o anatomii człowieka jest prawdą. W końcu, jeśli rzeczywiście nasze jamy brzuszne są wypełnione ważnymi organami, to gdzie te wszystkie organy się podziały, skoro udało się tak bardzo ścisnąć talię?!

Wpływ na zdrowie był więc jednym z powodów, dla którego gorsety trafiły na czarną listę ówczesnych feministek. Walka z gorsetami oraz pomysły na to, jak powinny wyglądać damskie stroje, znamy dziś jako wiktoriańską reformę stroju i wiążemy m.in. z Amelią Bloomer. Kojarzycie bloomerki, czyli bufiaste szorty, zebrane tuż pod kolanem lub na łydce? Podobieństwo do nazwiska Bloomer nie jest przypadkowe – Amelia Bloomer była propagatorką ich pierwowzoru.

body possitive

…do Fat Acceptance

Wątek medyczny powrócił przy okazji kolejnego ruchu kontestującego kanony piękna: amerykańskiego Fat Acceptance. Impetu nabrał on po publikacji artykułu „More People Should Be FAT” („Więcej ludzi powinno być GRUBYCH”) autorstwa Lew Louderbacka. Opublikowany w 1967 roku esej był głosem sprzeciwu przeciwko dyskryminacji otyłych i kulturze hołubiącej szczupłych. Dyskryminacji wręcz urzędowej… Louderback wymienia przykład nowojorskich policjantek kontrolujących uiszczanie opłat za parkowanie samochodów, które straciły pracę w związku z nadwagą. Wspomina także o kandydatach na uczelnie, którym zaleca się być szczupłymi, by… zwiększyć szanse na przyjęcie.

Także i tym razem w tle pojawiły się kwestie medyczne, ale ujęte dość zaskakująco. Aktywiści Fat Acceptance walczyli m.in. z przedstawianiem otyłości jako jedynej przyczyny wielu problemów zdrowotnych. Z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy medycznej, pobłażliwość ruchu Fat Acceptance dla otyłości szła zbyt daleko… ale z pewnością przywrócił on wielu osobom nadwątloną wiarę w siebie. I słusznie argumentował, że nie istnieje jedna, modelowa, „zdrowa” budowa ciała.

Wreszcie: Body Positive Movement

Inspiracją dla powstania Body Positive Movement była trudna – a momentami tragiczna – historia Connie Sobczak. Connie i jej starsza siostra Stephanie na własnej skórze odczuły presję na idealny wygląd i od swoich nastoletnich lat. Razem zmagały się z zaburzeniami odżywiania, wpadając w szalony cykl odchudzania się i przybierania na wadze. Stephanie brak akceptacji dla swojego ciała przypłaciła życiem. Jeden z wszczepionych w wieku 21 lat implantów piersi, został uszkodzony przez lekarza. A to dało początek chorobie autoimmunologicznej i zrujnowało jej zdrowie. Zmarła w wieku 36 lat.

Kilka lat później, w roku 1996, Connie założyła The Body Positive, wraz z Elizabeth Scott, psychoterapeutką specjalizującą się w leczeniu zaburzeń odżywiania.

 

Ich celem była pomoc osobom zmagającym się z negatywnym obrazem siebie samych oraz walka z przyczynami, dla których osoby te postrzegają się jako gorsze.

 

„Gorsze” to mocne słowo, ale tak właśnie może postrzegać się dziewczyna, która gołym okiem widzi różnice między sobą a modelkami, sławami kina czy piosenkarkami. Dzień w dzień, epatowana przez media i reklamodawców obrazami tego, jak „powinna” wyglądać idealna kobieta: z nieskazitelną cerą, wspaniałymi włosami, idealną, smukłą sylwetką, seksapilem, gładką skórą, bez cienia zbędnych (kilo)gramów.

Członkinie The Body Positive wskazywały także na jeszcze jeden atrybut „idealnej” kobiety: rasę. W wieloetnicznej Ameryce, idealne kobiety – oraz idealni mężczyźni, bo o nich ruch także pamiętał – były niemal nieodmiennie białe.

 

body positive

Nadchodzi Photoshop, Instagram i upiększane selfie

Tak to wyglądało już w latach 70, kiedy Connie Sobczak musiała mierzyć się ze złośliwymi uwagami swoich kolegów ze szkoły, a jej siostra – także tymi od ojca.

 

Tak to wyglądało jeszcze zanim do codziennego użytku w świecie fotografii wszedł Photoshop, który wzorzec piękna pomógł wywindować na poziomy czasami wręcz nieosiągalne anatomicznie.

 

I tak to wyglądało jeszcze zanim powstał Instagram, który zaczął przekonywać, że „idealnymi kobietami” mogą być także zwykłe dziewczyny: modowe blogerki. Ich sesje zdjęciowe z czasem zaczęły przypominać sesje profesjonalnych modelek, ale wielu z nich udało się zachować wrażenie, że są „dziewczynami z sąsiedztwa”. Nawet zdjęcia wykonane niby amatorsko, komórką, poprzedza często całkiem profesjonalna stylizacja.

I skoro wspomnieliśmy o komórkach, tak to wyglądało jeszcze zanim mogłaś zrobić sobie selfie, na którym aparat automatycznie wygładzi i rozjaśni Ci cerę, zlikwiduje przebarwienia, powiększy subtelnie oczy i wyszczupli twarz – tak że na ekranie własnego telefonu będziesz wyglądała „lepiej”, niż w lustrze.

Tak to wyglądało już wtedy – a od tego czasu pojawiły się i Photoshop, i Instagram, i internetowe celebrytki. I ta zdradziecka komórka, w której wyglądasz „lepiej”, niż w rzeczywistości. „Lepiej”, ale nie po prostu… lepiej. „Lepiej”, bo jedynie bliżej powszechnie przyjętego – a właściwie powszechnie narzucanego – wzorca piękna.

Siła presji

Mimo że może wydawać nam się, że niewiele można nam narzucić, to często nawet nie uświadamiamy sobie presji, jaką wywiera na nas otoczenie. Jej siłę znakomicie pokazuje klasyczny już eksperyment Ascha.
W roku 1955 roku, amerykański psycholog polskiego pochodzenia, Salomon Asch zaprosił grupę ochotników na test dokładności postrzegania (a przynajmniej tak to przedstawił uczestnikom). W ramach eksperymentu, dostali oni na jednej karcie narysowany odcinek, a na drugiej – trzy odcinki różnej długości. Zadanie polegało na tym, by powiedzieć, który z trzech odcinków na drugiej karcie jest najbardziej zbliżony długością do tego z karty pierwszej.

 

body positive

 

Kiedy test rozwiązywany był w samotności, badani wskazywali właściwy odcinek niemal bez pudła – prawie 100% odpowiedzi było prawidłowych (czyli B). Kłopoty pojawiły się, kiedy tych samych odpowiedzi badani mieli udzielić w grupie. Tu jednak był haczyk: badani nie wiedzieli, że siedzące wraz z nimi osoby nie są innymi ochotnikami, ale aktorami, którzy mieli za zadanie podawać odpowiedzi błędne. Aż ⅓ badanych dostosowywała wtedy swoją odpowiedź do „ogółu”, wskazując niewłaściwy odcinek.

Kochanego ciała nigdy za wiele (?)

Body Positive Movement chce przyjść z pomocą kobietom – a właściwie szerzej, ludziom – osaczonym przez społecznie narzucone wzorce piękna. Jego aktywistki zachęcają, by zamiast brnąć w wycieńczającą walkę o osiągnięcie ideału, pokochać swoje ciało takim, jakim jest.

Czy to oznacza: nie dbać o swoje ciało? Nie ćwiczyć, nie dbać o dietę? Tu zaczynają się schody, bo… to zależy kogo spytać.

 

Hasło „Body Positive” okazało się tak nośne, że szybko wymknęło się spod kontroli jego autorek: pod hashtagiem #BodyPositive znajdziemy wiele: i bezkrytyczną akceptację otyłości, i apele o zachowanie umiaru w pędzie do ideału.

 

I w zasadzie nie jest ważne, co mają na ten temat do powiedzenia same inicjatorki Body Positive Movement – liczy się głos większości.

Na marginesie, „oficjalne” stanowisko The Body Positive mówi o dbaniu o siebie, jednak z zachowaniem równowagi. Równowagi, o którą trudno, gdy w mediach znakomita większość kobiet jest szczupła, wysportowana, seksowna. O nieskazitelnej skórze i cudownych włosach – idealna pod każdym względem.

Głos rozsądku sprzed dwóch tysiącleci

Jak jednak znaleźć tę równowagę? Kiedy akceptacja swojego ciała zaczyna być wymówką dla niezdrowego trybu życia? Kiedy zaczyna się przymykanie oka na problemy zdrowotne, którym sprzyja nadwaga? A z drugiej strony – kiedy pasja pracy nad sobą zmienia się w obsesję, a droga ku zdrowiu ustępuje toksycznej pogoni za doskonałością?

Niestety – albo właśnie stety – nie ma gotowej odpowiedzi na to pytanie. Nie ma uniwersalnej procedury, która pozwoli nam dokładnie wyznaczyć ów punkt równowagi. Musisz go znaleźć sama. To trudne zadanie, ale pewnym pocieszeniem może być, że wcale nie takie nowe. Już w II wieku naszej ery Marek Aureliusz powiedział: Panie, daj mi cierpliwość, abym umiał znieść to, czego zmienić nie mogę; daj mi odwagę, abym umiał konsekwentnie i wytrwale dążyć do zmiany tego, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego.

Co prawda mało prawdopodobne jest, by miał na myśli fitness, ale jego słowa pasują tu jak ulał 😉

 

 

Cenna rada Body Positive

Ruch Body Positive uzupełnia je, w kontekście wyglądu i zdrowia, o cenną radę: by traktować swoje ciało i siebie samą jak dobrą przyjaciółkę.

 

Osoby, które nie akceptują swojego wyglądu, są wobec siebie często szalenie surowe. Mówią lub myślą o sobie rzeczy, których nie powiedziałyby ani nie pomyślałyby w analogicznej sytuacji o kimś sobie bliskim.

 

Czy to jednak znaczy, że nie powinniśmy – na przykład – próbować walczyć z nadwagą, jeśli ją mamy? Wręcz przeciwnie – próbować, i to kompleksowo: zdrowo się odżywiając i zapewniając sobie choćby minimalną dawkę ruchu. Jednak, co ważne, walka o wymarzoną figurę nie powinna pociągać za sobą nienawiści czy pogardy do tego, jak się wygląda. Jak pokazują badania, taka postawa utrudnia pracę nad sobą. Inne badania wskazują, że – co znowu może zaskakiwać – koncentrowanie się na wyglądzie zewnętrznym jest słabym motywatorem. Dużo silniejszym jest myślenie o zdrowym trybie życia jako o sposobie zapewnienia sobie… zdrowia.

W dążeniu do tego, by lepiej wyglądać… wróć: by być zdrowym :-), musimy jednak traktować się jak przyjaciółki: owszem, motywować się, ale też akceptować takimi, jakimi jesteśmy. Dążyć do zmiany, jeśli uważamy, że będzie nam służyć, ale czerpać przyjemność także z tego, kim jesteśmy już teraz. Stawiać sobie ambitne cele, ale nie besztać się za chwile słabości, kiedy się przydarzą.

A przydarzą się na pewno. Bądź Body Positive i pokochaj swoje niedoskonałości. Nawet, jeśli pozwolisz im odejść 🙂

PS. Prawidłowa odpowiedź to oczywiście C, ale pozwoliliśmy sobie na małą manipulację i „kontynuację” eksperymentu Ascha. Daj nam znać w komentarzach, czy dałaś się nabrać, czy nie 😉

 

Zapisz się na Newsletter

Co tydzień będziesz otrzymywać powiadomienia o naszych nowych postach

  1. Jestem teraz na tej pozycji nienawiści do swojego wyglądu. To jest silniejsze ode mnie. Jeszcze w zeszlym roku po diecie bebio i cwiczeniach wazyłam idealną dla mnie wagę, wchodziłam w rozmiar 38-40 i wydawało mi sie że mam to na zawsze. I stało się dopadł mnie efekt jojo, zwyrodnienie i ból stawów niemożność ćwiczeń i obecnie 10 kg więcej. Moj o 20 lat młodszy partner powtarza mi ze cudnie wyglądam, że bardzo mu się taka pulchniejsza podobam a ja nadal w siebie nie wierzę, idzie lato a ja w większość ciuchów w mojej szafie nie mieszczę się. Czuje się jak w potrzasku. Mam 63 lata i nie wiem co dalej robic.

  2. Nie spojrzałam, która odpowiedź jest prawidłowa. Ale na koniec wróciłam i mówię, że C bez waszej odpowiedzi 🙂 Super artykuł. Tyle świetnych zdań, że z każdym myślałam „o! to wrzucę na post dzisiaj”. Kopiuję całość i udostępniam u siebie jako motywację w 23 dzień wyzwania 🙂

  3. Haha, zorientowałam się, że B jest nieprawidłowe 🙂 świetny -jak zwykle – artykuł <3 dowiedziałam się też wreszcie, że wspomniane słowa należą do Marka Aureliusza

  4. Troszkę się zaniepokoiłam, że B..,
    W pełni zgadzam się z ,,duchem artykułu”, bardzo subtelnie dostrzegam, że teraz w modzie nie są zwyczajne dziewczyny, nie wychudzone, albo super wysportowane, ale też nie z nadwagą. Gwiazdy serwisów społecznościowych popadają w dwie skrajności, znika miejsce dla zwykłych dziewczyny rozmiarze 38-40, ciężko się odnaleźć w świecie minus/plus size, a gdzie strefa 0..?
    Zupełnie też zgadzam się z wpływem otoczenia na samoocenę, osobiście dorastałam nie tak dawno, a jednak w zupełnie innym świecie, lubiłam siebie, a nigdy nie byłam ,,chuda”, ani gruba… ale patrząc na tą desperacką pogoń młodych dziewczyn za perfekcyjnym wyglądem, ani się spostrzegą a zobaczą jak zmarnowały lata, w których miały po prostu cieszyć się sobą, życiem, młodością, zdrowiem!
    Jestem Body Positive, choć widzę zawsze różnicę między moim wyglądem, a celebrytkami i całą rzeszą im podobnych i każdego dnia toczę walkę, żeby się nie zatracić w tej samokrytyce.
    Swoją drogą czy nadchodzi era plastikowego kanonu piękna, prosto spod skalpela chirurga plastycznego..?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *